środa, 6 marca 2013

Czy Kościół słucha swoich proroków? (2)

Jak napisałem w pierwszej części tego wpisu, David du Plessis był poruszony spotkaniem w bazylice Świętego Piotra w Rzymie w Zielone Święta 1975 roku, widząc tysiące ludzi modlących się w językach i wypowiadających proroctwa oraz słuchając papieża Pawła VI, który zdawał się rozumieć, czym jest ta nowa Pięćdziesiątnica. Ma poczucie, że proroctwo Smitha Wiggleswortha się realizuje na jego oczach. David dał się prowadzić Duchowi Bożemu i przyczynił się do tego, że odnowa charyzmatyczna ogarnęła Kościoły protestanckie oraz pojawiła się w Kościele Katolickim.

Patrząc jednak na czas, jaki minął od 1975 roku, rodzi się we mnie pytanie: czy Kościół Katolicki przyjął w pełni błogosławieństwo i dał się ogarnąć temu przebudzeniu, które miało "zaćmić przebudzenie zielonoświątkowe i przewyższyć to, czego doświadczają zielonoświątkowcy", jak zapowiedział Smith Wigglesworth? Czy Kościół poszedł za głosem Pana wypowiadanym przez swoich proroków...?

Poniżej zamieszczam ostatni rozdział książki "Mister Pentecost", w którym David du Plessis pisze o przeżyciu w bazylice Świętego Piotra w 1975 roku:

XXVII. PIĘĆDZIESIĄTNICA

"Nie uwierzyłby w to nawet największy optymista. Oto zebraliśmy się – dwadzieścia tysięcy ludzi, połowa z nich to charyzmatycy – w Bazylice Św. Piotra w Rzymie. Była niedziela Zielonych Świąt.

Refreny wzbijały się coraz wyżej, aż pod kopuły katedry. Dziesięć tysięcy ludzi napełnionych Duchem śpiewało. Najpierw „Alleluja”, potem „Panem jest”, potem „Alleluja”. Fala za falą radosnego, uwielbiającego śpiewu przetaczała się przez to historyczne sanktuarium.

Śpiewaliśmy w różnych językach, także nieznanych. Trudno było rozróżnić języki, wszystko odbywało się tak spontanicznie.

Potem wielki zegar wybił godzinę dziesiątą i wniesiono papieża na lektyce. Miał pozdrowić uczestników Kongresu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim w 1975 r. Wspaniałe kolory, twarze ludzi jaśniały. Nikt, z kim rozmawiałem, nie przypominał sobie, by kiedykolwiek papież pozdrawiał takie zgromadzenie. Ludzie stali z wzniesionymi rękami, śpiewali i wykrzykiwali wyraz wspólny wszystkim językom: „Alleluja”. Trwało to nieprzerwanie. Ludzie śpiewali i śpiewali z radością, a jednocześnie z wielkim szacunkiem. Atmosfera pełna była oczekiwania.

Papież Paweł wstąpił na tron. Na jego twarzy jaśniał uśmiech. On tak jak i my wszyscy widział żywy, widoczny dowód tego, co Bóg czynił w Kościele swojego Syna, Jezusa. Ci z nas, którzy przybyli jako obserwatorzy i zaproszeni goście, uświadamiali sobie, że oto są świadkami następnej odnowy, którą Pan zsyłał na swoje ciało.

Papież zaczął przemawiać. Język łaciński tłumaczony był na kilka innych, by wszyscy mogli rozumieć. Nawet najwięksi optymiści nie byli przygotowani na takie zielonoświątkowe przesłanie, jakie wygłosił papież. Gdy do ludzi docierało tłumaczenie, słychać było ciche „Amen” w całej sali.

– Gdy mówimy o Pięćdziesiątnicy – powiedział – rodzą się w nas dwa rodzaje odczuć. Pierwsze to drżenie – odczucie, które Biblia przypisuje prorokowi Jeremiaszowi. Wyraził on swoje wątpliwości mówiąc: „Ach, Panie Boże … Nie umiem mówić”. Drugie odczucie to wielki entuzjazm, podobny do Piotrowego w dzień Zielonych Świąt. Zwycięża to drugie odczucie, dając Kościołowi objawienie prawdy o Bogu: jednym w istocie, a w trzech osobach. Chrystus przepowiedział: „Ja prosić będę Ojca i da wam innego pocieszyciela, ten będzie z wami zawsze: Ducha prawdy”. Temat i nauka o Pięćdziesiątnicy jest tajemnicą transcendentnego życia Boga. Bóg sam nam to oferuje i nigdy nie możemy o tym zapomnieć. Nasze spojrzenie powinno być oświecone przez Boga, który jest naszym słońcem.

Wyjąwszy ciche „Amen”, cisza zaległa nad tysiącami osób. Chłonęli każde słowo. Było to coś więcej niż celebracja, którą znali. Był to jeden z kamieni milowych na drodze Kościoła.

Pod koniec swojego kazania papież Paweł powiedział:

– To jest nasze ogłoszenie Pięćdziesiątnicy. Jest to ogłoszenie dające nowe życie wewnętrzne, ożywione przez obecność Bożej mocy – życie, które zaczyna się w miłości.

Czułem powiew miłości, który ogarniał Bazylikę Św. Piotra. Widziałem, że niewielu pozostało obojętnych na dotyk Ducha Świętego, takich którzy nie zostali obudzeni do pełniejszego życia.

Podczas Eucharystii cicho i łagodnie brzmiał śpiew w Duchu. Odbyło się prawdziwie zielonoświątkowe nabożeństwo, z zielonoświątkowymi manifestacjami i błogosławieństwem. Wszyscy modliliśmy się o cud Pięćdziesiątnicy, ale nikt nie spodziewał się aż tego – nowej Pięćdziesiątnicy.

Msza skończyła się około południa. Wtedy spontanicznie tysiące ludzi wyszły na plac przed katedrą. Ci, którzy uczestniczyli w mszy, mieszali się z tymi, którzy zgromadzili się już wcześniej na placu. Tysiące ludzi wykrzykiwały we wszystkich językach. I znów refren za refrenem: „Alleluja” jak fale na morzu. Radość wypełniała nasze serca.

W poniedziałek znowu znaleźliśmy się w Bazylice Św. Piotra. Została przekazana do dyspozycji uczestników Kongresu Charyzmatycznego. Około dwunastu tysięcy ludzi z sześćdziesięciu krajów zebrało się razem z ponad siedmiuset księżmi i dwunastoma biskupami oraz kardynałem Suenensem z Belgii przy ołtarzu papieskim, by obchodzić ostatnią Eucharystię. Nawet w porównaniu do dnia poprzedniego było to najbardziej niezwykłe nabożeństwo. Po raz pierwszy od wielu lat – a po raz pierwszy za życia obecnych – pozwolono kardynałowi odprawiać nabożeństwo komunijne przy papieskim ołtarzu.

Kardynał Suenens, przywódca katolickiej odnowy charyzmatycznej, przemawiał swobodnie pod wpływem natchnienia. Tłumy reagowały w wolności Ducha i śpiewały. Prawdziwie pięknym widokiem była pełna życia i ducha młodzieńczości posługa muzyczna członków wspólnoty Słowa Bożego z Ann Arbor z Michigan zajmujących miejsce słynnego chóru sykstyńskiego.

Ojciec John Patrick Bertolucci, wicekanlerz diecezji Albany w Nowym Jorku, ważna postać w odnowie amerykańskiej, tak opisał później ten moment:

– Stojąc z podniesionymi rękami w ustawicznym, pełnym Ducha uwielbieniu i adoracji, wszyscy odczuwaliśmy wagę tej historycznej chwili. Kościół Rzymski przyjął to, co do tej pory budziło kontrowersje – prąd Bożej łaski w małych społecznościach katolickich.

W trakcie nabożeństwa komunijnego dało się zauważyć, że kardynał Suenens był niewątpliwie szczególnie natchniony przez Pana. Każde słowo wypowiadał w mocy Ducha Świętego. Była to uroczystość pełna życia i swobody, równie zielonoświątkowa jak inne wspólnoty, w których znalazłem się podczas wielu lat mojej służby w licznych kościołach.

Prosto z ołtarza zaczęły płynąć przez głośniki proroctwa. Oczy tysięcy ludzi wypełniały się łzami, gdy Pan wypowiadał słowa zbudowania i zachęty przez swoje sługi.

– Obecność Pana była tak rzeczywista w tym zgromadzeniu. Jestem pewien, że tego dnia nastąpiło wiele uzdrowień – powiedział później ojciec Bertolucci wspominając to wydarzenie.

Gdy rozdzielano komunię, proroctwa nadal trwały, mieszając się ze śpiewem w Duchu. Jakaś kobieta śpiewała w Duchu piękne solo.

Pod koniec wspaniałego nabożeństwa eucharystycznego tłumy stały czekając na wejście papieża Pawła. Miała to być audiencja. Papież zaproponował, że sam przybędzie do Bazyliki i przemówi do zgromadzonych zamiast czekać na nich w sali audiencyjnej.

Gdy przybył, otrzymał głośniejsze powitalne „Alleluja” niż w niedzielę. Z uśmiechem zasiadł na tronie i przemówił pełen entuzjazmu w niewątpliwych słowach akceptacji ruchu charyzmatycznego. Uznał go za znak odnowieńczej pracy Ducha Świętego w odpowiedzi na modlitwy.

– Wasze silne pragnienie służenia Kościołowi świadczy o prawdziwym działaniu Ducha Świętego – powiedział łagodnie. – Bóg stał się człowiekiem w Jezusie Chrystusie, którego mistycznym ciałem jest Kościół. Jest to Kościół, któremu Duch Święty został powierzony w dzień Zielonych Świąt, gdy zstąpił na apostołów zebranych w górnej izbie na ustawicznej modlitwie razem z Marią matką Jezusa. Jak powiedzieliśmy w listopadzie w obecności niektórych z was, Kościół i świat potrzebuje bardziej niż dotąd tego, by „cud Pięćdziesiątnicy” trwał nadal.

Czułem, jak serce podchodziło mi do gardła

– Współczesny człowiek – ciągnął papież – odurzony swoimi zdobyczami uważa, według słów ostatniego Soboru, że może być „celem sam dla siebie, twórcą swojej historii”. Niestety, jakże wielu ludzi, którzy trwają w tradycji wyznawania wiary w istnienie Boga i oddawania Mu czci, nie zna Go w rzeczywistości. Bóg stał się dla nich kimś obcym.

Twarze wszystkich zwrócone były ku siedzącemu papieżowi.

– Nic nie jest bardziej potrzebne zsekularyzowanemu światu - ciągnął – niż świadectwo „duchowej odnowy”, którą widzimy jako rezultat działania Ducha Świętego w różnych regionach i w różnych wiekach. Objawy takiego przebudzenia są różne: głęboka wspólnota duchowa, intymny kontakt z Bogiem, wierność zobowiązaniom przyjętym w czasie chrztu, modlitwa, często w grupach, gdzie każdy wyraża to co czuje swobodnie, wspomaga i potwierdza modlitwy innych i, co jest podstawą, osobiste przekonanie, które ma swe źródło nie tylko w nauczaniu przyjmowanym wiarą, ale również w żywym doświadczeniu. Takie przeżycia świadczą o tym, że bez Boga człowiek nie jest w stanie nic uczynić; jednak z Jego pomocą wszystko staje się możliwe. Stąd potrzeba wielbienia Boga, dziękowania Mu, dziękowania za Jego cuda, których dokonuje z nami i w nas.

Byłoby bardzo cenne dla naszych czasów, dla naszych braci, gdyby wyrosło nowe pokolenie, wasze pokolenie, młodych ludzi, którzy mówiliby światu o chwale i wielkości Boga Pięćdziesiątnicy. Dzisiaj – powiedział głośniej - musimy żyć pełnią wiary w oddaniu, głębi, energii i radości – albo wiara wygaśnie.

„Tak – myślałem. – Ten człowiek rozumie Zielone Święta. Rozumie, co się dzieje”.

Prawdziwym momentem kulminacyjnym stała się chwila, gdy papież przerwał, popatrzył na nas i wykrzyknął:

– Jezus jest Panem. Alleluja!

Święte drżenie wypełniło serca, całą bazylikę. Łzy mieszały się z radością. Było to tak ekscytujące. Czuliśmy, że przeżyliśmy jedyne w swoim rodzaju Zielone Święta.

Tej nocy leżałem w łóżku, otwartymi oczami wpatrywałem się w ciemność i starałem się zrozumieć to, co odbywało się na moich oczach. Czy w końcu pentekostalizm przeniknął do Kościoła katolickiego? Znałem odpowiedź na to pytanie. To nie był pentekostalizm, lecz Pięćdziesiątnica. Nie przyjęli pentekostalizmu i nawet nie powinni. Zaakceptowali Zielone Święta, Ducha Świętego, chrzest w Duchu Świętym, dzieło Jezusa.

Co Pan Jezus zamierzał z tym zrobić? Zastanawiałem się. Widać było, że przygotowuje różne denominacje. Uśmiechnąłem się: były to nie tylko ekumeniczne Zielone Święta, ale i ekonomiczne. Kościoły już istniały, opłacone, z wykształconymi duchownymi; taka baza pozwalała na szybki wzrost, jaki oglądaliśmy. Obliczyłem, że jedynie w ciągu dwóch lat katolicy zanieśli wieść o Zielonych Świętach do 92 krajów. Tak, Pan chciał poruszyć narody potrząsając najpierw denominacjami.

Tej nocy zauważyłem też trzy prądy w ruchu zielonoświątkowym: klasyczni zielonoświątkowcy, neozielonoświątkowcy i zielonoświątkowi katolicy. Coraz bardziej te trzy grupy zbliżały się do siebie współpracując, budując wspólnotę we wzajemnym szacunku. Coraz mniej mówiło się o historii, tradycji kulturowej i zasięgu wpływów. Dominowała jedność w Duchu Świętym.

„Istnieją jednak niebezpieczeństwa – myślałem. – Ale tylko jedno jest znaczące. Niebezpieczeństwo, że jakaś grupa ludzi zechce z charyzmatycznej odnowy uczynić "ruch" albo "denominację", którą zechcą kontrolować. Pewien byłem, że nie powinno istnieć nic takiego, jak jeden charyzmatyczny ruch czy denominacja. Odnowa to miał być wpływ skierowany na Kościoły. Duchowy wpływ. Jezus powiedział: „Ojcze, spraw, by byli jedno, jak my jesteśmy jedno”. Porównał jedność Kościoła do jedności Trójcy – Ojca, Syna i Ducha Świętego. Są jedno, ale jednocześnie pozostają indywidualni. Jest to jedność duchowa. Tego Jezus pragnie dla swojego Kościoła.

– Chwała! – powiedziałem głośno w ciemność zwracając się do siebie. – Dawidzie, jesteś prawdziwym ekumenistą!

– To prawda – odpowiedziałem sobie. – Nie zaakceptuję niczego prócz pełnej ekumenii – całej rodziny narodów.

Zamknąłem oczy i zacząłem zapadać w sen. W wyobraźni widziałem stojącego przede mną jak żywego wielkiego męża Bożego – Smitha Wiggleswortha. Miał surowy wyraz twarzy. Stopniowo surowość oblicza zmieniała się w pełen zadowolenia uśmiech."

sobota, 2 marca 2013

Czy Kościół słucha swoich proroków? (1)

Pisałem kiedyś o proroctwach, wypowiedzianych w bazylice Świętego Piotra w 1975 r., które dotyczą odnowy Kościoła. Ponowna lektura książki "Mister Pentecost", czyli autobiografii Davida du Plessis, w kontekście abdykacji Benedykta XVI i jej niejasnych okoliczności zainspirowała mnie do napisania tego posta.


Smith Wigglesworth w 1936 roku przekazał Davidowi du Plessis proroctwo, że Bóg posłuży się nim w przebudzeniu, które rozpocznie się w kościołach historycznych i że zobaczy on wypełnienie się tego proroctwa, jeśli będzie pokorny i wierny. W ostatnim rozdziale swojej autobiografii David pisze, że był uczestnikiem spotkania w ... bazylice Świętego Piotra w 1975 roku na zakończenie I Międzynarodowego Kongresu Odnowy Charyzmatycznej i zaświadcza: "Prosto z ołtarza zaczęły płynąć przez głośniki proroctwa. Oczy tysięcy ludzi wypełniały się łzami, gdy Pan wypowiadał słowa zbudowania i zachęty przez swoje sługi."

Poniżej początek opowieści Davida du Plessis, o tym, że Duch Boży wieje, gdzie chce, a nie tylko tam, gdzie, zdaniem wierzących z różnych denominacji chrześcijańskich, "powinien" działać:


I. OSTRZEŻENIE

"W jasny, słoneczny poranek 1936 roku zjawiłem się w moim biurze w Johannesburgu dobrze przed siódmą. Chciałem otworzyć i załatwić jak najwięcej listów, zanim przybędą inni pracownicy Misji Wiary Apostolskiej. Nie przyszli jeszcze nawet dozorcy. Używając dyktafonu odpowiadałem na listy i przygotowywałem biurko do pracowitego dnia.

Byłem sekretarzem generalnym misji najbardziej aktywnej w ruchu zielonoświątkowym, który właśnie przeżywał okres pełnego rozkwitu. Południowa Afryka, podobnie jak i reszta świata, dźwigała się z kryzysu, a o Hitlerze i o Mussolinim słyszało się jeszcze niewiele. Nikt nie mówił o wojnie. W naszych kręgach dominował temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa Chrystusa. Wszyscy wierzyli, że nastąpi ono już wkrótce.

Pochylając się nad biurkiem byłem całkowicie pochłonięty czytaniem listu, gdy nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich Smith Wigglesworth. Nie słyszałem pukania, ale uśmiechnąłem się i coś powiedziałem, natychmiast jednak wyczułem, że nie czas na uprzejmości. Stał przede mną, niewysoki, wyprostowany, pełen napięcia i powagi. W jednolicie szarym garniturze ten prosty kaznodzieja wyglądał jak emerytowany polityk – starannie uczesane włosy i równo podcięty wąs. Zbliżał się do siedemdziesiątki. Czułem się przy nim jak młodzik z moimi 31 latami. Dlatego milczałem. Spojrzał na mnie srogo, nawet się nie przywitał, ale podniósł prawą rękę i skierował ku mnie palec:

– Podejdź! – zagrzmiał. 

Pamiętam, że zastanawiałem się, jak ten niewielki mężczyzna może wydobyć z siebie tak dźwięczny głos. Bez wahania wyszedłem zza biurka i zbliżyłem się do niego.

– Słucham, bracie Wigglesworth?

Położył mi rękę na ramieniu, pchnął mnie w kierunku ściany – nie gwałtownie, ale zdecydowanie – i przytrzymał. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Miałem już z nim wiele do czynienia. Właśnie gościłem go razem z jego zespołem w moim domu. Bardzo się zżyliśmy, kiedy tłumaczyłem go w czasie nabożeństw. Widziałem, jak Pan wspaniale używa go do przepowiadania słowa i uzdrawiania. Zawsze traktowałem go z wielkim szacunkiem, ale w tej chwili czułem się dosyć dziwnie.

Patrzył mi prosto w oczy. Nie miałem wyboru, musiałem to spojrzenie odwzajemnić. Gdy przemówił, wiedziałem, że prorokuje.

– Pan posłał mnie, bym ci powiedział, co On mi dziś rano pokazał – zaczął. – W Kościołach historycznych rozpocznie się przebudzenie, które zaćmi wszystko, co było dotąd. Nic takiego nie miało jeszcze miejsca w przeszłości, jak to, co się teraz zacznie.

Nie przerywając mówił szybko dalej:
– Zaćmi ono dzisiejsze przebudzenie zielonoświątkowe, które wprawia świat w zadziwienie i wywołuje silny sprzeciw w Kościołach historycznych. Ale wkrótce błogosławieństwo stanie się i ich udziałem, a ich posłanie i przeżycia przewyższą to, czego doświadczyli zielonoświątkowcy. Dożyjesz takich czasów, kiedy ruch zielonoświątkowy w porównaniu z tym, co Bóg uczyni w Kościołach historycznych, będzie niewielki. Ogromne zgromadzenia ludzi, jakich dotąd nie widzieliśmy. Wielcy przywódcy zmienią swoje nastawienie i przyjmą nie tylko naukę, ale i błogosławieństwo.

Przerwał na chwilę, patrząc na mnie pałającym wzrokiem:
– Potem Pan powiedział mi, że mam cię ostrzec, iż użyje ciebie w tym ruchu. Odegrasz w nim ważną rolę. 

Znów krótkie wahanie.
– Ostatnie słowo, jakie Pan mi dał dla ciebie: oczekuje od ciebie tylko pokory i wierności, a zobaczysz wypełnienie tego wszystkiego.

Po raz pierwszy od pięciu minut odwrócił wzrok i pochylił głowę:
– Panie, przekazałem Twoje poselstwo o tym, co chcesz uczynić w życiu tego młodego człowieka, i teraz, Panie, błogosław go, przygotuj, zachowaj go w dobrym zdrowiu, aby to wszystko się wypełniło. Amen.

Nie mówiąc już ani słowa zdjął ręce z moich ramion, odwrócił się i wyszedł zamykając za sobą cicho drzwi. Stałem przy ścianie kilka chwil, oszołomiony tym, co się wydarzyło, a szczególnie jego słowami. Chciałem za nim biec, ale zrezygnowałem. Na razie miałem dość. „Jego sposób bycia jest dosyć dziwny” – pomyślałem. Wróciłem do biurka i usiadłem. „Panie, nic z tego nie rozumiem”. Wiedziałem jednak, że wydarzyło się coś ważnego. „Panie, to wszystko jest tak zagadkowe i dziwne. Zupełnie się tego nie spodziewałem, ale udziel mi łaski, bym był Ci wierny. Pomóż mi pamiętać, pomóż mi nie zawieść”.

Byłem skonsternowany. Poselstwo Wiggleswortha wstrząsnęło mną. Tak bardzo różniło się od tego, czego nauczali i w co wierzyli zielonoświątkowcy. Modliliśmy się, aby Bóg coś uczynił, ale przecież nie o to nam chodziło. Głosiliśmy pełną Ewangelię – chrzest w Duchu Świętym, Zielone Święta – ale nasze poselstwo brzmiało: „Wyjdźcie spośród nich i przyłączcie się do nas”. Byliśmy przekonani, że poselstwo zielonoświątkowe jest ostatnim przed powtórnym przyjściem Chrystusa i że Bóg nie będzie już używał Kościołów historycznych. Jak Bóg mógłby mieć z nimi coś wspólnego? Z Kościołem reformowanym, anglikanami, metodystami, prezbiterianami, katolikami?

Nagle ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Upłynęło chyba 10 minut.
– Proszę wejść.

To był Wigglesworth. Wszedł jak gdyby po raz pierwszy, uśmiechnięty i przyjacielski.
– Dzień dobry, bracie Dawidzie. Jak się masz?
– Jestem zaskoczony – powiedziałem.
– Dlaczego? – zapytał niewinnie.
– Wchodzisz do biura, stawiasz mnie pod ścianą i prorokujesz. Potem wracasz i zachowujesz się, jak gdybyś widział mnie po raz pierwszy, a teraz chcesz wiedzieć, dlaczego jestem zdziwiony?
– Pan powiedział do proroka: „Nie rozmawiaj z nikim po drodze”, więc z nikim nie rozmawiałem. Gdy wstałem rano, nie powiedziałem nic do twojej żony. Nie odzywałem się do nikogo spotkanego po drodze. Nie przywitałem się z tobą, tylko przekazałem przesłanie. Teraz możemy o nim porozmawiać.

Patrzyłem na niego oniemiały. Wytłumaczył, że otrzymał przesłanie w moim domu rano, gdy obudził się jeszcze przed świtem.
– To, co usłyszałeś, jest dla ciebie ostrzeżeniem. Miałem przekazać ci jasny obraz tego, co widziałem. Pamiętaj: nie usłyszałem tego, ale zobaczyłem w wizji. Nie zapamiętałbym wszystkiego, gdyby to nie była wizja. Widziałem to wszystko, a teraz i ty masz pełny obraz.
– Nawet spierałem się z Panem – uśmiechnął się. – Nie tego spodziewali się moi bracia.

Mogłem tylko skinąć głową. Na pewno nie tego się spodziewaliśmy. Nikt tego nie przyjmie.
– Chwilami – powiedział – nie wiedziałem, czy to jest sen, czy jawa. Wyglądało to na marzenie senne. Ale czułem się dobrze i byłem odprężony. Wtedy zrozumiałem, że przemówił do mnie Pan. W końcu rzekł: „Musisz powiedzieć o tym Dawidowi, ostrzec go; on odegra w tym wielką rolę”.

Byłem oszołomiony. Chyba to zauważył, bo zapytał:
– Zrozumiałeś?
– Tak, zrozumiałem – odrzekłem. – Ale i ty musisz mnie zrozumieć. Nie mogę przyjąć wszystkiego, co powiedziałeś. Jeżeli to się spełni i ja mam być w to zaangażowany, to Pan będzie musiał sam mi o tym powiedzieć.

Bez mrugnięcia odpowiedział:
– Mądrze mówisz. Nie działaj na podstawie tego, co mówię ja albo ktoś inny. Pan ci powie. Ale na dziś chce, żebyś przyjął ostrzeżenie. Bo to nastąpi na pewno. On przygotuje ciebie w Duchu." cdn.

piątek, 11 listopada 2011

Kolano raz jeszcze

Dwa lata temu pisałem o uzdrowionym kolanie. Kilka dni temu dostałem mail od mojego przyjaciela, który stara się żyć Słowem Bożym. Oto jego treść:
"Byłem przed chwilą w Alfie z Anią i zobaczyłem dziewczynę która szła o kulach. Miała stabilizator na kolanie. Podszedłem i zapytałem, co się stało, a ona odpowiedziała, że to kontuzja sportowa. Zapytałem, czy mogę chwilę zająć i już miałem zaproponować, że mogę się za nią pomodlić, a ona przerwała mi: Aaaa pewnie Pan od ubezpieczeń? :D,  a ja na to: Nooo... nie do końca :P. Powiedziałem jej, o co chodzi – że chcę się za nią pomodlić, Paulina – bo dowiedziałem się, że tak ma na imię – zgodziła się :). Położyłem ręce na jej kolano, pomodliłem się w Imieniu Jezusa i poprosiłem, żeby poruszała kolanem i przeszła się bez kul... Zrobiła to i stwierdziła, że kolano w ogóle już ją nie boli :). Pogadaliśmy chwilę i testowaliśmy jeszcze raz jej kolano. Paulina została całkowicie uzdrowiona! :)"


Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16,17-20)  

piątek, 30 września 2011

Boży taksówkarze

Rano 2 lipca wyjeżdżałem z Lublina do Gdyni na moje rekolekcje ignacjańskie. Pociąg miałem o godz. 7.00 rano. Z okna mojego pokoju widać postój taksówek. Od około godziny 6.00 widziałem, że na postoju stoi taksówka, która nie odjeżdża. Dla pewności jednak ok. 6.20 zamówiłem taksówkę na za piętnaście minut. Gdy przyszedłem na postój wciąż oczekiwała na mnie ta sama taksówka, którą widziałem przez okno. Kierowca zorientował się, że jestem księdzem z pobliskiego konwiktu i skwitował prośbę o podwiezienie na dworzec: "Ksiądz na wakacje...!?". Wytłumaczyłem, że jadę na 8-dniowe rekolekcje w milczeniu. Taksówkarz   kontynuował rozmowę, mówiąc, że w dzisiejszych czasach tyle mówimy. Także na modlitwie zagadujemy Pana  Boga. Mówił: "Proszę sobie wyobrazić, jak to by wyglądało, że syn przychodzi do ojca i powtarza mu w kółko te same słowa... Po jakimś czasie ojciec mógłby pomyśleć, że coś odbiło synowi. Tak samo my robimy z modlitwą... A przecież ona powinna wyrażać nasze życie. Powinniśmy Bogu mówić o naszych życiu, sprawach, które są dla nas ważne..." Byłem totalnie zaskoczony tą "nauką" na temat modlitwy. Zapytałem taksówkarza, czy jest z jakiejś wspólnoty typu Odnowa w Duchu Świętym lub Neokatechumenat. On na to: "Nie, nie jestem. Po prostu zastanawiam się na moją wiarą..." Potem jeszcze dodał: "Czasem potrafimy robić wszystko, aby nie jeść mięsa w piątek, a z drugiej strony nie dostrzegamy, że od paru lat nie odzywamy się do sąsiada..." Byłem zdumiony dojrzałością wiary tego człowieka, który zwyczajnie "zastanawia się nad swoją wiarą"...

Przypomina mi się inna historia z taksówkarzem z Warszawy. Półtora roku temu zimą odwiedziłem znajomych na krańcach Warszawy. Dopiero ok. 2.00 w nocy wyszedłem od nich i postanowiłem udać się środkami komunikacji miejskiej na Mokotów, gdzie miałem nocleg w naszym jezuickim kolegium. Była mroźna noc, szedłem ulicą i bez mojego machania zatrzymała się przy mnie taksówka. Starszy taksówkarz zapytał, dokąd idę i że może mnie podwieźć. Powiedziałem, że chcę się dostać na Mokotów, a on na to, że to może zająć nawet półtorej godziny o tej porze i podał bardzo przystępną kwotę, za którą mógłby mnie tam zawieźć. W jednej chwili przekalkulowałem wszystko, mając na uwadze, że rano muszę jechać pociągiem do Gdyni, i uznałem, że skorzystam z jego propozycji. Gdy już wsiadłem do ciepłej taksówki, powiedziałem mimochodem: "Bóg mi pana zesłał". Na co taksówkarz odpowiedział: "Wiem. Bo to On kazał mi się koło pana zatrzymać..." Coś nieprawdopodobnego! Zaczęliśmy rozmowę. Taksówkarz był starszym mężczyzną ok. sześćdziesiątki. Mówił, że czasem podwozi ludzi w nocy nawet za darmo, gdy jest to jemu po drodze. Potem ni stąd ni zowąd dodał: "Każdy potrzebuje miłości, miłości drugiego człowieka, miłości Boga". I opowiadał o różnych miejscach religijnych, które odwiedzał w swoim życiu... Tak że nawet nie zauważyłem, jak błyskawicznie znaleźliśmy się na  Mokotowie. A ja zachwycałem się działaniem Ducha Bożego, który objawia się w sercach ludzi otwartych na Jego poruszenia...

wtorek, 27 września 2011

Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?

Czytelników mojego bloga proszę o wybaczenie, że przez ostatnie miesiące nie umieszczałem żadnych postów. Duch wieje nieustannie, choć może obecnie mniej zwracam uwagę na Jego powiewy i niestety nie notuję ich na blogu...
Z wakacyjnych historii w pamięci utkwiła mi mocno jedna przejażdżka taksówką, którą opiszę w najbliższym czasie. To zresztą nie pierwsza niezwykła historia jaka przydarzyła mi się jadąc taksówką...

Chciałbym się teraz podzielić się refleksją, którą wyraziłem dziś rano w homilii. Ktoś po mszy podziękował mi za to kazanie, więc pomyślałem, że warto podzielić się tymi myślami na gorąco na blogu...

Oto dzisiejsza Ewangelia: "Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka". (Łk 9,51-56)
Chwilę wcześniej przed tym fragmentem Jezus upomniał Jana, który zabraniał komuś wyrzucać złe duchy, bo ten nie należał do grona uczniów: "Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami" (Łk 9,50). Wygląda na to, że Jakub i Jan albo w ogóle nie zrozumieli, o co chodzi Jezusowi, albo wręcz opacznie  zinterpretowali te słowa: "Kto nie jest z wami, ten jest przeciwko wam"... Tak bowiem wygląda ich reakcja na to, że Samarytanie nie chcą przyjąć Jezusa: "Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?
Zacznijmy od tego, że niechęć Samarytan do tej grupy pielgrzymów żydowskich ma swoje podstawy we wzajemnych zresztą uprzedzeniach, jakie istniały między Żydami i Samarytanami. Widać to w dialogu Jezusa z Samarytanką (J 4), która jest zdziwiona, że Jezus jako Żyd prosi ją - Samarytankę o wodę. Potem mówi ona o różnicach religijnych: "Nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga". Samarytanie nie chcą zapewne przyjąć Jezusa, bo ten jest Żydem i zmierza do Jerozolimy, której oni nie uznają jako miejsca kultu. A Jezus tłumaczy Samarytance, że nadchodzi godzina, kiedy to ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będzie się oddawać czci Bogu: " Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec" (J 4,23). Tak jakby Jezus chciał pokazać, że te różnice w oddawaniu kultu już nic nie znaczą. W innym momencie (Łk 10, 25-37) Jezus tłumaczy pewnemu uczonemu w Prawie, który bardzo dobrze zna przykazania, że jego bliźnim jest ... Samarytanin. Tutaj Jezus próbuje przełamać tkwiące u tego bardzo religijnego Żyda uprzedzenia religijno-narodowościowe...
Mając to w tle widzimy, że uczniowie Jezusa także pozostają mocno w tych schematach. Poza tym, widząc moc, jaka im towarzyszy, gdy głoszą Dobrą Nowinę, chcą ją wykorzystać nie w kluczu służby, ale władzy i siły. A przecież Dobrą Nowinę można tylko przyjąć w wolności... Nie można zmusić, narzucić komuś wiary w Ewangelię... Dlatego Jezus odchodzi tam, gdzie ktoś będzie chciał Go przyjąć.
To wydarzenie, niby tak odległe, ale w innej formie ujawnia się chyba także dzisiaj. Czy czasem jako wierzący nie pozostajemy w "logice" Jana i Jakuba i nie traktujemy tych, którzy mają inne poglądy, z pozycji uczniów rzucających gromy, z pozycji władzy i siły?

"Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą". (Mt 20,25-26)

"Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali". (J 13,35)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Amarantowa róża

Jakiś czas temu postanowiłem wyrzucić zwiędłe już róże, które dostałem na imieniny. Podchodząc do śmietnika, który znajduje się niemal centralnie przed gmachem Collegium Jana Pawła II i obok którego każdego dnia przechodzą tysiące studentów, ze śmietnika wyszedł mi na spotkanie mężczyzna około trzydziestki, którego po raz pierwszy widziałem tam dwa dni wcześniej. Chciał on ode mnie worek na śmieci. Powiedziałem, że dam radę i sam wyrzucę. Wszedłem do śmietnika i tam zobaczyłem siedzącą kobietę około 40 lat a na ziemi powyciągane z worków ... puszki - po piwie, coli, pepsi, z których część już była zgnieciona. Zrozumiałem, że chciał on worek na śmieci, aby sprawdzić czy nie ma tam puszek. Zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałem ich o imiona. Dowiedziałem się, że Staszek i Magda mieszkają obecnie gdzieś pod namiotem, a tutaj w śmietniku bywają niemal codziennie. Zapytałem, jak można by im pomóc. Staszek powiedział, że chcieliby zjeść jakiś ciepły posiłek. Przyznał się, że jest bez pracy i że jest alkoholikiem. Nie może poradzić sobie ze swoim nałogiem. Staszek zauważył, że mam aparat słuchowy i okazało się, że on sam jest niedosłyszący. Wyjaśniła to Magda i prosiła, abym głośniej mówił. W pewnym momencie zobaczyłem na ziemi w butelce po wodzie mineralnej ... przepiękną bardzo dobrze rozwiniętą amarantową różę. Przyznam, że niewiele tak pięknych róż widziałem w życiu. Zapytałem o nią, a Magda powiedziała, że dostała ją od swego ukochanego. Staszek uśmiechnął się dumnie. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę m.in. o problemach zdrowotnych Magdy, która już dwa razy o mało nie straciła życia. Choć wiedziałem, że nie jest to pomoc, jakiej naprawdę potrzebują Magda i Staszek, postanowiłem dać im pewną sumę pieniędzy, aby poszli kupić sobie coś ciepłego do jedzenia. Zapytałem na koniec, gdzie mogę znaleźć taką piękną różę. Staszek powiedział: tu na śmietniku! Okazało się, że znalazł ją tutaj... Wtedy Magda podeszła do mnie i powiedziała: Choć dostałam ją w prezencie, chcę ją podarować Panu... Dała mi różę i wyściskała mnie. Potem jeszcze objęliśmy się ze Staszkiem i pożegnaliśmy.
Byłem bardzo poruszony tym spotkaniem, wręcz wzruszony. Dostałem od ubogich różę, która była bezcenna - takiej nie znalazłbym w żadnej kwiaciarni. Tego dnia śmietnik przed gmachem KUL stał się ... kaplicą, gdzie spotkałem żywego Chrystusa obecnego w ubogich. A On obdarował mnie cudowną różą...

PS. Potem jeszcze raz spotkałem ich w śmietniku. W kolejnej rozmowie przy ugniataniu puszek dowiedziałem się między innymi, że potrzeba zebrać ich 52, by mieć kilogram aluminium, za który można dostać ok. ... 3 zł. Czasem w ciągu jednego dnia udaje im się tu w śmietniku uzbierać 3 kg.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Czekoladki Malaga


Z ostatniego wpisu na temat postu, który Bóg uznaje, można było wywnioskować, że moje ulubione czekoladki to Malaga. Tydzień temu w czwartek dostałem paczkę, na której nie było nadawcy. Z pieczątki odczytałem, że paczka pochodzi z Błonia. W niej była kartka, na której ktoś napisał:
Niespodzianka = Radość
Radość = Uwielbienie
Uwielbienie i Większa Chwała Boga! :)
Podaj dalej - zrób komuś niespodziankę!
W paczce ponadto były... czekoladki Malaga. Zdałem sobie sprawę, że ten niezwykły akt wrażliwości, jaki ktoś okazał wobec mnie, jest niezwykłym powiewem Ducha. Duch Jezusa, Duch Boży, który jest Duchem Miłości, działa przecież najpełniej w każdym geście miłości i troski o drugiego człowieka.
Następnego dnia w piątek do Lublina przyjechała Magda, studentka z Wrocławia, która przywiozła mi między innymi ... czekoladki Malaga. W sobotę natomiast na rozmowę przyszła pewna siostra zakonna, która przyniosła mi całą pudełko ... czekoladek Malaga.
Pomyślałem, że podzielę się tym na blogu, (oczywiście nie po to, aby teraz wszyscy obdarowywali mnie moimi ulubionymi czekoladkami ;-), ale dlatego, aby powiedzieć, że Duch wieje przede wszystkim w "prostych" gestach miłości. Niestety, zaniedbałem to i ów "czas łaski" świadectwa minął.
Dziś rano, patrząc na koszyk czekoladek na moim stoliku, pomyślałem, że to ostatni moment, aby o tym napisać, choć i tak będą to już "odgrzewane Malagi" ;-).
I oto dziś w południe wpadła do mnie szefowa sekretariatu, która przyniosła mi pudełko ... czekoladek Malaga.
Dziękuję też dziś wszystkim, którzy pamiętali o mnie w modlitwie!

środa, 30 marca 2011

Post, jaki Bóg uznaje

Na początku Wielkiego Postu na jednej z porannych mszy, którą odprawiał o. Rafał, miałem dyżur w konfesjonale. Podczas jego homilii mogłem usłyszeć (akurat nikt się nie spowiadał) jego interpretację słów Jezusa, która rzuciła mi nowe światło na rozumienie postu. Mówił o Ewangelii, w której uczniowie Jana zadają Jezusowi pytanie: "Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy, Twoi zaś uczniowie nie poszczą?". Ojciec Rafał stwierdził, że w odpowiedzi-pytaniu Jezusa: "Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć" - zawarta jest istota postu. Post ma służyć przywróceniu radości z przebywania z "Panem Młodym". Zdałem sobie sprawę, że w postanowieniach wielkopostnych ma chodzić o to, aby one przybliżały mnie do Jezusa, Jego Miłości, a nie były tylko postanowieniami "dla postanowień" albo którymi chcemy się Bogu przypodobać czy coś u Niego wyjednać.

Tego samego dnia w rozmowie z jedną studentką zapytałem ją, czy zrobiła jakieś postanowienie, spodziewając się, że usłyszę "klasyczne": 'Nie jem słodyczy'. Ale to co powiedziała zaskoczyło mnie kompletnie. Postanowiła mianowicie, że codziennie będzie spędzać pół godziny w kościele, aby zatrzymać się przed Bogiem nad różnymi dziedzinami jej życia. Zamierzała przyjrzeć się studiom, jak się w nich spełnia i czym chce się zajmować konkretnie. Chciała zobaczyć siebie w relacjach z ludźmi, przyjaciółmi, rodziną, co ważnego może umykać jej w tym wszystkim. Przyjrzeć się swojej relacji z Bogiem itd.
Byłem pod wrażeniem tak dojrzałego i przemyślanego postanowienia, które miało na celu bardzo realne i konkretne "porządkowanie" swojego życia wraz z Bogiem, czyli przywracanie Jego obecności w tych konkretnych dziedzinach jej życia.

O. Rafał i ta studentka zainspirowały mnie mojej wieczornej homilii tego dnia. Podzieliłem się tymi myślami i kontynuowałem w oparciu o Słowo Boże, które wtedy było bardzo dosadne:

Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie - czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: Oto jestem! (Iz 58,5-9)

Postem, który się Bogu podoba jest więc każde rozerwanie kajdan zła, rozwiązanie więzów niewoli i złamanie wszelkiego jarzma. Jeśli ktoś ma trudności z akceptacją samego siebie, to np. niejedzenie słodyczy nie będzie postem, ale ... antypostem, bo może utrzymywać osobę w odrzucaniu swoich słabości czy zwykłych potrzeb. Postem dla takiej osoby będzie w trudnym momencie np. wzięcie ulubionej czekoladki (Malaga ;-) czy zrobienie dla siebie czegoś dobrego. Postem będzie każdy gest bezinteresowności i miłości wobec drugiej osoby i siebie samego. Bo post ma łamać niewolę i przywracać radość z przebywania z Jezusem, czyli Miłością.

Po jakimś czasie dostałem mail od tej studentki, której postanowienia zrobiły na mnie wrażenie. Mail był także niezwykły:

Miałam dziś taki fatalny dzień... Masa rzeczy na głowie, dzwonienia po ludziach, załatwiania spraw, nieporozumienia..., masakra. Większość oczywiście związana z zaangażowaniem w duszpasterstwo, co naprawdę mocno mnie dzisiaj przytłoczyło, bo mam czasem ogromną ochotę powiedzieć, że to nie jest moja jedyna aktywność życiowa, że trochę za dużo tych wymagań w stosunku do mnie. No po prostu fatalnie. Ale... wracałam taka strasznie zła i zmęczona z myślą, że mam minutę na prysznic, ogarnięcie się i bieg na drogę krzyżową, którą dziś mieliśmy. I się zbuntowałam - poprosiłam dziewczyny, żeby się tym zajęły, bo nie mam siły ani ochoty - i tak z początku miałam wyrzuty sumienia, ale przechodziłam koło cukierni na dole i sobie pomyślałam - ale mam ochotę na kremówkę - ale zaraz - nie, przecież jestem na diecie - i przypomniało mi się, co mówił Ojciec i wtedy kupiłam najlepsze ciastko, jakie znalazłam w tej cukierni :) I spędziłam piękny wieczór bez wyrzutów sumienia, ogarnęłam myśli złe, wyżaliłam się przyjaciółce, podjęłam konstruktywne postanowienia a wszystko to... przez małe głupie 'ciasteczko' - myśl, żeby trochę sobie w niedoli ulżyć, dogodzić, zaakceptować siebie i rzeczy, jakie są w tej chwili. Przepięknie. 'Chwalić Cię będę Panie całym sercem moim, opowiem wszystkie cudowne Twe dzieła' :))

czwartek, 17 marca 2011

Sałatka owocowa

Dziś rano zadzwoniła do mnie szefowa Sekretariatu naszego duszpasterstwa akademickiego, za który jestem odpowiedzialny jako duszpasterz. Poinformowała o jednej rzeczy i powiedziała, że dziś nie przyjdzie na dyżur do Sekretariatu, bo się rozchorowała. Przyszło mi na myśl, aby ją odwiedzić. Nigdy nie byłem u niej na stancji, a mieszka tylko kilka minut od KUL. Umówiliśmy się, że przyjdę po 14.00. W drodze pomyślałem, że kupię jej jakieś owoce. Zaszedłem do takiego klasycznego "warzywniaka". Tam wybrałem: mandarynki, banany, kiwi i dużą pomarańczę. Popatrzyłem jeszcze na jabłka, ale uznałem, że są zbyt pospolite... I taką siateczkę witamin jej przyniosłem.

Wieczorem byłem zaproszony na herbatę na stancję przez pewną parę z naszego duszpasterstwa. Oprócz herbaty z kuchni została przyniesiona sałatka owocowa. Gdy ją jedliśmy zacząłem przyglądać się, jaki jest jej skład. Wyliczyłem na głos: mandarynki, banany, kiwi, pomarańcze i ... jabłka, co potwierdziła autorka sałatki i zacząłem się śmiać. Wspomniałem im o mojej popołudniowej wizycie z owocami u szefowej Sekretariatu. Okazało się, że cały tydzień do dzisiejszej herbaty planowane były kremówki z pobliskiej cukierni. Ale dziś po południu gospodyni wpadła na pomysł ... sałatki owocowej.

piątek, 11 marca 2011

Psalm 91

Dziś rano do mojej modlitwy postanowiłem wziąć Słowo ze strony, na której "otworzyło mi się" Pismo Święte. Czasem w ten sposób robię, ale nie po to, aby szukać jakiejś "odpowiedzi", tylko po prostu modlę się tym Słowem, na którym otwieram Pismo. Wiele razy doświadczyłem, jak bardzo to Słowo do mnie przemawia.

Podobnie było dzisiaj. Zacząłem powoli czytać ten psalm i rozważać jego słowa, zatrzymując się nad tymi, które mnie uderzają. "Jego wierność - to puklerz i tarcza". Zdałem sobie sprawę, że wierność Pana jest tarczą (musiałem zapytać się, co znaczy puklerz...? ;-), a ponieważ nie interesowałem się zbytnio uzbrojeniem - sprawdziłem potem i okazało się, że to rodzaj ... tarczy). To Jego wierność jest potężną ochroną.
Dalej w Psalmie są słowa, których używa ... diabeł, gdy na pustyni kusi Jezusa: "swoim aniołom nakazał w twej sprawie, aby Cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień." Zrozumiałem, że skoro słowa te Jezus rozpoznaje w swoich myślach jako pokusę diabła, to znaczy, że sam Jezus musiał je bardzo dobrze znać. Pomyślałem, że w takim razie cały ten psalm był bliski Jezusowi - zapewne był dla Niego głęboko wyrytym w sercu zapewnieniem Ojca, że troszczy się o Niego. Dlatego diabeł próbuje wykorzystać to Słowo pod pozorem dobra - maksymalnej "ufności" przez dosłowne rozumienie go i proponuje, aby to "sprawdzić" przez rzucenie się z narożnika świątyni. Jezus rozpoznaje tę myśl jako kwestionującą Jego ufną relację z Ojcem i świadomość, że jest Synem Bożym ("jeśli jesteś Synem Bożym...").

Następne słowa też wyraźnie odniosłem do Jezusa: "Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie; osłonię go, bo uznał moje imię. Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham i będę z nim w utrapieniu, wyzwolę go i sławą obdarzę. Nasycę go długim życiem i ukażę mu moje zbawienie." To Słowo też realizuje się w życiu Jezusa, ale nie w taki sposób, jakby mogło zakładać dosłowne rozumienie, nie po ludzku... " Autor Listu do Hebrajczyków pisze: "Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości." (Hbr 5,7).

Takie rozumienie tego Słowa próbowałem odnosić do swojego życia. Bóg jest tarczą i puklerzem, mogę mu ufać, a On jako wierny spełni swoje obietnice, choć niekoniecznie dosłownie tak, jak tego oczekuję i "po ludzku" rozumiem.

Potem w ciągu dnia na rozmowie w kierownictwie duchowym podzieliłem się z jedną osobą Psalmem 91 z naciskiem na inne Słowo zapewnienia o trosce i opiece Boga: "Okryje cię swymi piórami i schronisz się pod Jego skrzydła."

A przed chwilą dostałem sms od pewnej osoby z Warszawy, która dokładnie dwa lata temu podarowała mi to małe Pismo Święte w skórzanej oprawie, którym się modlę. Zmobilizował on mnie do dzisiejszego wpisu na blogu. Sms, który mi przesłała, jest bardzo krótkiej treści: Ps 91 :)

wtorek, 18 stycznia 2011

Bądź pozdrowiony, obdarzony łaską, Pan z tobą...

Dziś przed południem modliłem się i po pewnym czasie po raz pierwszy od długiego czasu sięgnąłem po różaniec, który leżał na moim biurku. Zacząłem powoli z jak największą świadomością wypowiadać w myślach słowa: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota twojego - Jezus. Powtarzając powoli te zdania, uświadomiłem sobie, że są to słowa, jakie Bóg kieruje do Maryi: przez anioła i przez Elżbietę. Modląc się, pojawiła mi się myśl, że w taki sam sposób Bóg zwraca się do ... mnie: Bądź pozdrowiony, obdarzony łaską, Pan jest z tobą, jesteś błogosławiony i błogosławiony jest owoc twojego życia - Jezus. Z jednej strony było to tak zaskakujące, ale z drugiej strony wydało się nagle takie oczywiste: przecież Bóg nieustannie wypowiada nade mną swoje błogosławieństwo i przekonuje, że jest ze mną. I ostatecznie owocem całego mojego życia ma być Jezus, który rodzi się w moim sercu, gdy przyjmuję z wiarą Słowo.

Modląc się dalej przypomniałem sobie, jak wiele lat temu będąc jeszcze klerykiem, zrozumiałem czym dla mnie może być modlitwa różańcowa... Przyjechałem wtedy na ferie do domu rodzinnego i rozmawiałem w kuchni z moją mamą. Opowiadałem jej, jak jest w Krakowie na filozofii i w pewnym momencie zorientowałem się, że się powtarzam. Ale zauważyłem, że mojej mamie, która z uwagą mnie słuchała to wcale nie przeszkadzało. Ona cieszyła się moją obecnością w domu. To wydarzenie odniosłem potem do modlitwy z różańcem - niezależnie, ile razy powtórzę pewne słowa, to chodzi w tej modlitwie o obecność przy Bogu.

Kontynuowałem powtarzanie powoli słów modlitwy różańcowej, które jak nigdy przemawiały do mnie, gdy zadzwonił telefon stacjonarny w moim pokoju. Odebrałem go i okazało się, że to ... moja mama. Dzwonimy do siebie nie za często i zazwyczaj pod wieczór. Dziś coś ją tchnęło, aby zadzwonić rano :-). Tym razem to ona opowiadała co słychać w domu, a ja w sercu cieszyłem się jej "obecnością" i tym "przypadkowym" splotem sytuacji.

Błogosławiona jesteś, Maryjo, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane ci od Pana. Łk 1,45 (słowa, które umieściłem jako motto na moim obrazku prymicyjnym)

wtorek, 19 października 2010

Duch wieje dalej :-)

Po dłuższej przerwie w pisaniu na blogu chciałbym prosić o wyrozumiałość tych, którzy oczekują systematyczności i zaglądają (zaglądali) tu często.
Nieobecność na blogu to nie tylko skutek dużej zmiany w moim życiu. Przeniosłem się bowiem z Gdyni do Lublina, gdzie od września jestem duszpasterzem akademickim na KUL. Zdaję sobie sprawę, że choć Duch wieje nieustannie, to stałem się przez ostatnie miesiące trochę nieczuły na Jego powiewy...

Od kilku dni wyraźnie czuję ponownie zaproszenie do wsłuchiwania się w poruszenia Ducha w moim życiu. Stąd także powrót do dzielenia się nimi.

Jednym z moich nowych "obowiązków" duszpasterskich jest opieka duchowa nad Wspólnotą Odnowy Oblubienica Ducha Świętego. W ubiegłym tygodniu po mszy św. wieczornej, która jest mszą "odnowową" przed kościołem akademickim jak zwykle zebrała się duża grupa młodych ludzi. Ja podchodziłem do wielu osób, aby się przywitać lub poznać z niektórymi. Zobaczyłem niedaleko jedną osobę, stojącą na uboczu samotnie. Pomyślałem, że czeka na kogoś albo liczy, że ktoś do niej podejdzie. Chciałem ją jakoś zagadnąć, ale w tym momencie podeszła do mnie studentka, której obiecałem pożyczyć torbę potrzebną do przeprowadzki. Idąc po torbę, kątem oka dostrzegłem, że tamta dziewczyna odchodzi sama. Poczułem jakby został stracony jakiś moment łaski spotkania. Przez głowę przemknęła mi nawet myśl, aby do niej podbiec i zagadać. Ale w końcu pomodliłem się w tym momencie mniej więcej tak: "Panie, nie pozwól, aby ta dziewczyna przez naszą nieuwagę i zabieganie odeszła stąd w poczuciu odrzucenia. Spraw, aby, jeśli tego potrzebuje, wróciła tutaj".
Następnego dnia także na wieczornej mszy spowiadałem. Po skończonych spowiedziach wyszedłem z kościoła i zobaczyłem, że za mną wyszła jakaś osoba. Podeszła do mnie i zapytała, czy może porozmawiać. Wydało mi się, że jest to ta sama osoba, którą widziałem dzień wcześniej. Zapytałem, czy przypadkiem wczoraj nie była na mszy i nie stała sama z boku, a potem odeszła. Ona potwierdziła, że tak. Ogromnie się ucieszyłem, że Pan tak szybko wysłuchał mojej modlitwy. Porozmawialiśmy więc, a ja zaprosiłem ją na spotkanie naszej Wspólnoty Odnowy, na którym ... się pojawiła w ostatnią niedzielę.

Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy bądźcie podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. (Łk 12,35-36)

środa, 26 maja 2010

Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości

Tydzień temu dostałem od znajomej siostry zakonnej niezwykłe świadectwo. Za jej zgodą umieszczam je teraz, gdyż nadszedł już czas.

"Otóż wczoraj poszłam do kaplicy aby pobyć z Panem Jezusem. Był to czas adoracji Najświętszego Sakramentu. Wszystko było tak normalnie... cisza, zapach który bardzo lubię w naszej kaplicy, kilka sióstr, bo to pora obiadowa. Modliłam się w ciszy i po jakiejś chwili usłyszałam dość mocny szept głosu mężczyzny. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam po przeciwnej stronie starszego pana i starszą panią. On przytulony do niej ona do niego. Siedzieli przytuleni głowami do siebie, a z jego ust płynęły słowa uwielbienia, dziękczynienia, prośby. Starałam się nie wsłuchiwać w słowa ich intymnej modlitwy, ale nie dało się nie słyszeć choćby fragmentów tej modlitwy serca... Postawa tych dwojga ludzi, obrazek, który tworzyli wzruszył mnie do łez i zaczęłam w sercu modlić się razem z nimi. To było cudowne uczucie.
Kiedy on przestał się modlić, zaczęła ona. A ja nie mogłam się nadziwić świadectwu ich pięknej, pełnej prostoty modlitwy. To bardzo poruszyło moje serce i poczułam, że bardzo chciałabym im podziękować za to, co mi dali... Kiedy po dłuższym czasie zaczęli wychodzić z kaplicy wyszłam im na spotkanie i...tak po prostu z serca im podziękowałam. Okazało się, że ona ma ... 90 lat a on 91. On ma trudności z chodzeniem dlatego pomagał sobie balkonikiem. I opowiedzieli mi, że Pan Jezus spotkał ich ze sobą dopiero 5 lat temu i połączył ich "piękną więzią duchową- modlimy się razem siostro i jestem takim szczęśliwym człowiekiem" - to słowa tego pana.

Słowa to nic w porównaniu tego, co zobaczyłam w oczach tego człowieka, kiedy spojrzał na mnie. To coś więcej niż szczęście. Ja tam zobaczyłam niebo. Tak pięknego, pogodnego spojrzenia jeszcze nigdy nie widziałam. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i rozstaliśmy się. A ja nie mogę zapomnieć tych oczu..., tego obrazu wtulonych w siebie staruszków..., tych szeptanych modlitw...
Pan Jezus przychodzi na różne sposoby... Chce być tu z nami. Jestem tak bardzo wdzięczna, że dał mi to spotkanie...

Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko. (Pieśń nad pieśniami 8,6-7)


Ten witraż mówi mi o ... Duchu Świętym. Jest On jak Ogień i jak Strumienie wody żywej. Tylko Duch Święty może łączyć jako miłość ... ogień i wodę. Autorką tego witraża jest Kasia, której blog polecam: http://dsdm.bloog.pl

Dołączam też wiersz z bloga Kasi o potędze wiary:

potęga wiary wypowiedzenia w swoim umyśle

dążenie do celu nie jest głuchym słowem losu
myśl płynna ożywia rzeczywistość
wybiega promieniem poza odległość czasu
wszystko czego pragniesz i chcesz będzie

niedziela, 23 maja 2010

Osobiste zesłanie Ducha Świętego

Kilka lat temu dostałem książkę amerykańskiego psychologa Dana Montgomery Bóg i twoja osobowość. Jest w niej niezwykłe świadectwo osobistego zesłania Ducha Świętego. Książkę tę ponad rok temu komuś pożyczyłem. Wróciła niedawno. Dziś podzieliłem się tym świadectwem w ramach homilii. Dzielę się nim także z wami:

"Wiedziałem o Bożej miłości, ale potrzebowałem konkretnego zapewnienia, które by mi pomogło wzrastać w przyjaźni z Nim. Czasami Bóg zdawał się być tak daleko ode mnie.

Studiowałem Biblię, starając się znaleźć drogowskaz. Wiele tekstów biblijnych mówiło o mądrości, potędze i miłości, których Duch Święty udziela tym, którzy przynależą do Jezusa. Czytałem o tym, jak jest On źródłem mądrości (J 14, 26; 1 Kor 12, 8); źródłem mocy sprawiającej cuda (Łk 24,49; Dz 1, 8; Rz 15,19); kanałem Bożej miłości (Rz 3, 3-5; Ga 5-22) i naszym pocieszycielem w chwilach słabości (Rz 8, 26). Potrzebowałem tego rodzaju towarzystwa.

Teraz miałem wiedzę o Duchu Świętym. Ale chciałem doświadczyć Go bezpośrednio i nawiązać z Nim kontakt. Czułem się niezręcznie i byłem trochę niespokojny, ale zdecydowałem, że nadszedł czas na prośbę do Boga, by mnie przedstawił Duchowi Świętemu.

Pewnego piątkowego wieczoru wśliznąłem się do pokoiku na piętrze kościoła w rodzinnym mieście. Zaufano mi udostępniając klucz, często bowiem chodziłem tam wieczorami na modlitwę. Tego wieczoru przyszedłem szukając spotkania z Duchem Świętym, ale nie wiedziałem dokładnie, jak się do tego zabrać.

Siedziałem w ciemnym pokoju na dziecięcym krześle - była to sala dla dzieci. Pochyliłem głowę i prosiłem: "Panie Jezu, pragnę kochać Cię z całego serca. Ale zbyt często wydaje mi się, że nie wiem, czy jesteś obok; ani nie wiem, co porabiasz. Chciałbym odczuć Twoją przyjaźń tak, bym mógł innym mówić o Tobie. Biblia powiada, że Duch Święty może mi pomóc, że może mnie napełnić miłością i mocą. Oto jestem. I co dalej?"
Przez kilka minut cisza otuliła pokój. Wreszcie uznałem, że nic się nie zdarzy. Wstałem, by wyjść, gdy jakiś dźwięk, przypominający gwałtowny wicher, zagrzmiał w holu i wdarł się do pokoju. Fala elektryzującej mocy weszła we mnie. Napełniła mnie niewiarygodną radością - a potem strachem! Krzyknąłem: "stop!" Wiatr ustał natychmiast.

No więc jestem człowiekiem dwudziestego wieku, wychowanym w kulturze opartej na naukach ścisłych, analitycznym myśleniu i empirycznych dowodach. Dopiero co otrzymałem bakalaureat z nauk przyrodniczych... Nie dowierzałem dźwiękowi i mocy wichru, Duchowi Świętemu. Czytać o czymś takim w księdze Dziejów Apostolskich - to było w porządku, ale doświadczać tego - tu i teraz - to rozsadzało umysł.

Podszedłem do okna, by sprawdzić, czy na zewnątrz wiał wiatr. Okna były szczelnie zamknięte. Była spokojna letnia noc. Łomotanie mego serca przypominało mi, że wiatr, który słyszałem, był rzeczywisty. Zaczerpnąłem głębokiego oddechu, by się uspokoić. Postanowiłem znów się modlić i ufać temu doświadczeniu, bez względu na to, czym ono było.
"W porządku, Boże", powiedziałem. "Jeśli chcesz ponowić wichurę, jestem gotów". Nagle wiatr ponownie zahuczał w holu i w pokoju. Było to przerażające i jednocześnie cudowne. Słodkie uczucia pulsowały w całym moim ciele. Wiatr i moc stały się tak silne, że znów krzyknąłem "stop!" Wszystko się uciszyło.

Uczucie mrowienia rozwijało się wokół serca i klatki piersiowej. Powoli przyjemne uczucia objęły moją szyję i żuchwę. Wargi zaczęły mi drżeć. Zacząłem się jąkać jak małe dziecko. Odkryłem, że zacząłem mówić do Boga, lecz nie był to język angielski. Odbywało się to w innym języku, który odtąd nazywam moim "językiem modlitwy".
Ten dziwny nowy język nie zrodził się w moim umyśle. Zdawał się płynąć z serca, z moich najgłębszych uczuć. Moim wypowiedziom towarzyszyło poczucie intymności, spontanicznego i radosnego porozumiewania się. Prawie godzinę tak się modliłem. Potem Duch Święty odszedł ode mnie. Siedziałem w milczeniu właściwie płonąc.

To było dość jak na jeden wieczór. Powiedziałem: "Dzięki Ci, Jezu, za to, że pokazałeś mi Twego Ducha i Twoją miłość! Przepraszam, że tak się wystraszyłem. Nie wiedziałem, że Ty robisz takie rzeczy! Dzięki za to, że jesteś tak blisko mnie. Pomóż mi być Twoim przyjacielem na całe życie. Pomóż mi kochać Cię i służyć ludziom, aż spotkam Cię twarzą w twarz".

Od tamtego wieczoru aż do dziś ciągle jestem w pełni ludzki ze wszystkimi moimi słabościami, wadami, błędami. Ale wciąż działa kochająca moc, która opatruje moje rany i roznieca we mnie ogień wiary. Duch Święty rozpala mego ducha i przynagla mnie do bliższej relacji z Bogiem Ojcem i Jezusem Synem”. (Dan Montgomery – Bóg i twoja osobowość)

poniedziałek, 10 maja 2010

Kiedy niebo nawiedza ziemię

Kiedy niebo nawiedza ziemię to tytuł książki, do której po raz drugi sięgnąłem tydzień temu. Pierwszy raz zacząłem czytać ją zimą w pociągu, wracając z Warszawy, gdy w przedziale nie działało ogrzewanie. Poczułem wtedy wyraźne zaproszenie do modlitwy w imię Jezusa, aby było ciepło. Choć wydawało się to szalone, w końcu po wewnętrznym zmaganiu, tak zrobiłem. Pisałem o tym w jednym z poprzednich postów: W imię Jezusa - aby było ciepło! Modlitwa ta poprowadziła do rozmowy o żywej wierze w Jezusa ze studentką, która siedziała naprzeciw mnie. Na koniec dałem jej właśnie tę książkę, którą dopiero co zacząłem czytać.

Niedawno ponownie zamówiłem tę książkę i sięgnąłem po nią w ubiegłą środę. W pierwszym rozdziale autor, Bill Johnson, charyzmatyczny pastor, opisuje niezwykły ślub, jaki miał miejsce w ich wspólnocie. Państwo młodzi - Ralph i Colleen, którzy żyli pasją dla Boga i miłością do ubogich - jako prezenty wybrali upominki z supermarketu. Były to ciepłe kurtki, czapki, rękawiczki, śpiwory, które mieli zamiar ... podarować swoim gościom. Byli to ubodzy i bezdomni mieszkańcy ich miasta, których zaprosili na ślub. Na weselu państwo młodzi stanęli za stołem i nakładali swoim gościom jedzenie. Jeszcze przed ślubem poprosili oni pastora, aby był wrażliwy na głos Ducha Świętego, gdyby okazało się, że Bóg chce kogoś uzdrowić w czasie ceremonii ślubnej.
Na ślubie pojawił się Luke wraz z żoną. Przyszli oni, bo wiedzieli, że dostaną coś do zjedzenia. Luke miał trudności z chodzeniem i musiał używać laski. Na obu przedramieniach i dłoniach miał założone szyny, a na szyi duży kołnierz ortopedyczny.
Pastor i jego brat zaczęli się modlić za Luke'a. Najpierw zostały uzdrowione nadgarstki. Potem modlili się za krótszą o 2,5 cm nogę po wypadku, która ... wyrównała się ze zdrową nogą i w dodatku zniknął wszelki ból. Następnie modlono się za kark. Okazało się, że Luke miał nowotwór i potrzebuje kołnierza z powodu zaniku mięśni w tym miejscu. Modlitwa sprawiła, że mięśnie zostały odbudowane a guzy zniknęły. Podczas badań jego lekarz stwierdził, że Luke jest całkowicie zdrowy. Przede wszystkim Luke i jego żona zaczęli służyć Jezusowi, a w przeciągu kilku tygodni Luke po raz pierwszy od 17 lat znalazł pracę.
Młodzi Ralph i Colleen stworzyli bardzo dobre "warunki dla cudów", tak że Bóg mógł swobodnie działać w tym klimacie miłości i troski o ubogich.

W ostatnią środę wieczorem mieliśmy w naszym kościele mszę z modlitwą o uzdrowienie. Podczas adoracji w pewnym momencie przyszło mi na myśl to wydarzenie, o którym czytałem rano z bardzo wyraźnym wskazaniem na uzdrowienie karku. Byłem przekonany, że to 'nieprzypadkowe' przypomnienie, więc podzieliłem się moim przekonaniem, że Pan dotyka osobę, która ma chory kręgosłup szczególnie w okolicach szyi... Zaraz po mszy podeszła do mnie młoda kobieta, która powiedziała, że od trzech lat ma bóle w karku i była bardzo poruszona. Powiedziałem, że jeśli Pan ją uzdrowił, to złoży niedługo o tym świadectwo. Dziś dostałem mail od innej osoby, która przyprowadziła na mszę swoją przyjaciółkę. Napisała mi o niej: "choruje na tarczycę i w momencie, gdy ktoś powiedział, że Jezus dotyka osobę, która choruje na wysokości kręgów szyjnych poczuła wielkie ciepło w tym miejscu"...

Panie! Wierzymy, że twoje królestwo jest pośród nas i chcesz potwierdzać nam także dziś poprzez znaki i cuda, po co przyszedłeś.

Pan pokazał mi, że książkę tę miałem czytać dopiero teraz, a nie zimą oraz że słowo poznania, które może do nas przyjść, nie pojawia się "znikąd", ale posługuje się On naszą wyobraźnią, wrażliwością i doświadczeniami, przez które przemawia...

sobota, 27 lutego 2010

Modlitwa na ulicy

Ponad tydzień temu wracałem z miasta i tuż przed naszym kolegium przyszła mi myśl, aby podejść na basen szkolny i zapytać o coś kierownika ośrodka sportowego. W pierwszym momencie ją 'zignorowałem', ale gdy powróciła, podszedłem w kierunku basenu kilkadziesiąt metrów. Tam okazało się, że wejście na basen jest ... zamknięte. Uśmiechnąłem się i udałem do kolegium. Na wysokości wejścia do Gimnazjum i Liceum Jezuitów na parkingu spotkałem osobę, z którą znamy się od dobrych kilku lat, ale przez ostatnie bodaj dwa lata w ogóle nie rozmawialiśmy. Zaczęliśmy więc rozmowę i pewnym momencie przyszła mi myśl, aby się za nią pomodlić. Zapytałem, czy mogę i po chwili położywszy rękę na jej głowie, zacząłem się modlić. Modlitwa trwała najwyżej 2 minuty. Po niej pożegnaliśmy się. Cieszyłem się, że moja droga wydłużyła się o podejście na basen, bo inaczej nie spotkałbym tej osoby i nie mógłbym się z nią pomodlić. Wczoraj dostałem od niej list-świadectwo, który za jej zgodą umieszczam poniżej:

Szczęść Boże, Sławku!

Nie wychodzi mi z głowy nasze spotkanie i twoja modlitwa nade mną! Po pierwsze jest to dla mnie świadectwo twojej wiary - taka modlitwa na ulicy. Zapadła mi ona w serce bardzo, choć pamiętam z niej niewiele. I za to świadectwo chcę ci podziękować, ale nie tylko.

Chcę się z tobą podzielić moim świadectwem działania Boga poprzez to nasze spotkanie.

Ty powiedziałeś, że chciałeś iść inną drogą, ale widać miałeś spotkać mnie. Ja widać miałam być tam wtedy, aby spotkać ciebie.

Otóż jakiś czas temu "naszedł mnie" czas jakichś dziwnych podsumowań, przeglądów, wspomnień i… żalów. Co to ja mogłam w moim życiu, a czego nie zrobiłam, czemu zrobiłam tak, a nie inaczej, no i w ogóle wiele rzeczy, których "chciałabym, a boję się" i na co już jest za późno. Do tego doszły problemy z dogadywaniem się z mężem no i w ogóle było niefajnie. Ogólnie - dołek.

Moja przyjaciółka umówiła mnie na spotkanie ze swoim przyjacielem, księdzem Janem, który zresztą już kiedyś u mnie był, zna mnie, a chodziło właśnie o modlitwę – taką indywidualną nade mną. Zresztą ksiądz Jan jest osobą wyjątkową, ma pewien dar – powiedziałabym, że on widzi duszę. Trudno mi to wytłumaczyć, ale tak jest. To, co mi powiedział pomogło mojemu myśleniu, a dokładniej zdjęło ze mnie ciężar win, które nie są moimi, a które sobie przypisywałam. Modlitwa miała uleczyć serce. Ale też powiedział mi, że czasem trzeba modlitwę powtórzyć. Byliśmy umówieni na następne spotkanie, ale niestety nie doszło do tego spotkania. Przez pewien czas wszystko wydawało się ok. Myślę też, że byłam w czasie pocieszenia i moje poprzednie problemy jakoś rzeczywiście odeszły. Ale za jakiś czas znów się odezwały, choć w o wiele mniejszym zakresie. Ja jednak oczekiwałam cudu, więc pojawiło się rozżalenie - jak to jest, Panie Boże, miałeś mnie uleczyć i co, znów się zaczyna... Jako, że zaczął się Wielki Post umówiłam się do spowiedzi – wyszłam po niej pocieszona, ale tak nie do końca. I wtedy spotkałam ciebie. Rozmowa z tobą i twoja modlitwa - taka, jak modlitwa księdza Jana, była właśnie tą drugą modlitwą, której było mi trzeba. To było dokończenie mojego uzdrawiania. Tak przynajmniej ja to odbieram i jestem o tym święcie przekonana. To spotkanie, to była Jego odpowiedź na moje wołanie. Dziękuje Panu Bogu za ciebie, za to, że byłeś tam, wtedy, za twoją modlitwę i twoje słowa i za to, co dzięki temu dzieje się we mnie. Chwała Panu!

niedziela, 14 lutego 2010

W imię Jezusa - aby było ciepło!

Przez ostatnie dwa tygodnie mieliśmy rekolekcje Szkoły Kontaktu z Bogiem w całkowitym milczeniu. Towarzysząc osobom w rozmowach i spowiedziach zachwycałem się, jak Bóg dotyka serc młodych ludzi powiewem miłości Swego Ducha. Nie mam większej radości, niż wtedy gdy widzę, jak ktoś doświadcza miłości Boga. Jeden student na koniec rekolekcji powiedział w świadectwie: "Jestem synem Boga! Moim bratem jest Jezus Chrystus. Pochodzę z królewskiego rodu!" Gdy to mówił ludzie... wzruszyli się, zwłaszcza jego przyjaciele, który dobrze go znają. Inna studentka dzieliła się doświadczeniem miłości, która prowadzi do wolności. Na końcowej mszy powiedziała: "Nic nie muszę. Nie muszę się modlić, nie muszę mówić tego świadectwa... Ale chcę!". To tylko dwie migawki spośród wielu cudownych historii spotkania na rekolekcjach Boga żywego, który jest Miłością.

Dziś wracałem pociągiem z Warszawy do Gdyni. Ostatnim razem, miesiąc temu, mój pociąg był opóźniony o prawie dwie godziny. Dziś mimo padającego śniegu, nie tylko odjechał punktualnie, ale także na czas dojechał do Gdyni.

W przedziale, w którym jechałem oprócz mnie były 3 osoby: starsza pani, mężczyzna w moim wieku - oboje koło okna i studentka naprzeciw mnie. Zawsze kupuję bilet przy oknie. Dziś jednak wiedziałem, że mam kupić bilet ... przy korytarzu. Po godzinie jazdy w przedziale zaczęło się robić coraz chłodniej. Pani zapięła sweterek, studentka nałożyła dużą chustę, a mężczyzna cały czas siedział już w kurtce. Próbowałem regulować temperaturę, ale elektroniczny regulator nie działał. Poszedłem więc do przedziału konduktorskiego i poprosiłem kierownika pociągu, aby coś z tym zrobił. Konduktorzy poszli 'naprawiać' ogrzewanie. Po kilku minutach konduktor przyszedł i sprawdzał, czy już działa, ale niestety wciąż nie działało - ani regulator, ani nie było ciepłego nawiewu. I wtedy pojawiła się we mnie myśl, aby ... pomodlić się o ciepło w przedziale w imię Jezusa. W myślach więc pomodliłem się o to, ale coraz wyraźniej czułem, że mam to zrobić ... na głos. Oczywiście pojawiły się opory: a co będzie jak ogrzewanie nie zadziała...? Ośmieszysz się! Skompromitujesz!... Odważyłem się więc powiedzieć: "Można się zawsze pomodlić, aby było ciepło". Ale wiedziałem, że to nie to... Po chwili cichym szeptem powiedziałem modlitwę w imię Jezusa (której oczywiście nikt nie słyszał). A ogrzewanie wciąż nie działało. W końcu w sercu zgodziłem się na to, do czego czułem, zaprasza mnie w tym momencie Bóg i głośno powiedziałem: "Jezus powiedział, że o cokolwiek poprosimy w imię Jego, stanie się nam. Więc ja modlę się w imię Jezusa, aby było ciepło!"... Nie minęła chwila, a nadmuch zaczął działać (było to dobrych kilkanaście minut od momentu, gdy konduktorzy zaczęli coś robić). Przyszedł konduktor, sprawdził regulator, który ... dalej nie działał, ale w przedziale zaczęło robić się ... ciepło.
Zacząłem się śmiać, a studentka powiedziała, że modlitwa chyba zadziałała... Rozpocząłem więc rozmowę o tym, czym jest wiara. Wierzymy w coś, czego nie widzimy, ale wiemy, że to jest. I przyjmujemy to, co niewidzialne, nie widząc tego, ale ufając, że to jest. Dalej już dzieliłem się moją wiarą ze studentką. Mówiłem, że Jezus chce mieć z każdym z nas zażyłą relację. Przeczytałem fragment książki, którą miałem pod ręką, gdzie była mowa o uzdrowieniu mocą Jezusa. Opowiadałem, że tak działo się w Dziejach Apostolskich i tak jest dzisiaj, gdy przyjmujemy z wiarą, to co Bóg mówi w Piśmie Świętym... Mówiłem o wolności, jaką mogą mieć wierzący w Jezusa. Na co dziewczyna powiedziała, że myśli podobnie. Zapytała, czy jestem związany jakoś z Kościołem... Powiedziałem, że jestem księdzem. A ona, że jeszcze nie widziała księdza, który by mówił o wierze z taką pasją...
Powiedziałem, że teraz rozumiem, dlaczego mimo iż zawsze kupuję bilet koło okna, dziś miałem przynaglenie, wziąć miejsce przy korytarzu. Miałem być po prostu w tym przedziale... Studentka na to: Ja miałam jechać porannym pociągiem, ale zaspałam na niego... Starsza pani zaczęła się śmiać (okazało się więc, że słucha tego wszystkiego). W przedziale było już tak gorąco, że pan obok mnie zdjął w końcu kurtkę.
Dziewczyna zaraz potem wysiadała w Iławie. Dałem jej jeszcze książkę, którą czytałem i powiedziałem, że jestem jezuitą. Ona zaś: byłam kiedyś na Jezuickich Dniach Młodzieży w Świętej Lipce...

Dziękowałem Panu za całe to wydarzenie i śmiałem się, że Pan pospieszył mi z pomocą, aby nadrobić ostatnie milczenie na blogu...

Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy.
(2 Kor 5,7)

piątek, 29 stycznia 2010

Prawo a Miłość cd.

Wczoraj skończyliśmy rekolekcje Szkoły Kontaktu z Bogiem (www.jezuici.pl/szkola), czyli rekolekcje ignacjańskie dla młodzieży, które prowadziliśmy w Kaliszu. Ferie zimowe to intensywny czas tych rekolekcji. W niedzielę zaczynamy kolejne w Świętej Lipce na Mazurach, a po tygodniu następne w Ożarowie k. Warszawy.

Coraz bardziej przekonuję się, jak bardzo jesteśmy uformowani do przestrzegania 'prawa', a nie kształtuje się naszej wiary, która działa przez miłość.
Na koniec rekolekcji wziąłem formularz mszalny "O uproszenie miłości". Jako antyfona na wejście jest tam cytat z Ks. Ezechiela: Odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań. Będziecie moim ludem, a ja będę waszym Bogiem. (Ez 36,26-28)

Od momentu gdy otrzymuję Ducha Świętego, prawo wypisane na 'kamiennych tablicach', czyli zewnętrzne do mojego serca, staje się wewnętrznym prawem mojego serca.

Św. Jan w swoim 1 Liście pisze: Miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie.(1J 5,3)
Gdy więc kocham, przykazania przestają być ciężarem. Ale póki trwam w lęku przed karą, czyli w Prawie, w lęku, który sprawia, że nie mogę kochać doskonale, przykazanie będzie ciężkie...

Jeśli zastanawiam się nad tym, czy zachowuję przykazania, to znaczy, że jeszcze żyję według Prawa. Jeśli wiem, że żyję w świętości, to nie wiem tak naprawdę, czym jest świętość. Jeśli wiem, że zachowuję przykazania, to tak naprawdę nie wiem, czym jest zachowywanie przykazań...

Jeden z uczestników naszych rekolekcji, 18-letni chłopak, podzielił się ze mną na rozmowie, tym co Bóg pozwolił mu zrozumieć. Powiedział: "kto kocha, ten nie grzeszy..." Szok! On sam zrozumiał, co Bóg próbuje nam pokazać o miłości w Bogu: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka. (1 J 5,18)

Przedwczoraj zadzwoniła do mnie pewna osoba, z którą kiedyś raz rozmawiałem. Bardzo pragnie zmiany w swoim życiu. Powiedziała mi, że dużo się zmienia w jej życiu na lepsze. Ale zapytała też: Proszę ojca, czy ja jestem grzesznicą, bo wciąż nie chodzę w niedzielę do kościoła? Myślała, że zostanie osądzona, tak samo jak siebie osądza...
Nie została jednak osądzona.

czwartek, 21 stycznia 2010

Boży czas

Wczoraj w nocy pojawiła się we mnie myśl, aby podzielić się świadectwem działania Ducha Świętego w moim życiu na stronie www.kaplani.com.pl. Świadectwo to pojawiło się już w ubiegłym roku w dwumiesięczniku odnowy charyzmatycznej Szum z nieba. Pokazuje ono działanie Ducha Świętego z jednej strony oraz z drugiej strony mój 'opór' w rozwijaniu Jego Łaski. Duch Święty jednak cierpliwie dotykał mojego serca, aby pełniej Mu się poddało. Przesłałem je więc do ks. Jacka Sochy, odpowiedzialnego za tę kapłańską stronę. Dzisiaj około południa ks. Jacek zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc w spowiedziach na kursie Filip (nie pamiętam, żeby kiedykolwiek do mnie dzwonił...). Wspomniałem mu o przesłanym przeze mnie świadectwie. Wyglądało na to, że jeszcze go nie widział. Powiedział, że zajrzy do niego za chwilę. Po południu zaglądając na stronę o kapłanach zobaczyłem, że moje świadectwo zostało już umieszczone.

W ciągu dnia zajrzałem też do odłożonej na jakiś czas książki o Demosie Shakarianie pt. Najszczęśliwsi na świecie. I tam przeczytałem fragment, który bardzo mnie poruszył. Jest to opis początków chrześcijaństwa w Armenii:

"Ormianie — kaznodzieja często nam to przypominał — są najstarszym chrześcijańskim narodem na świecie, jak również tym, który znosił największe cierpienia za swoją wiarę. Niedawne masakry dokonane przez Turków to tylko najświeższe dowody ustawicznych dążeń sąsiadów do wymazania tego upartego narodu z mapy świata. Ciągle powtarzanie tych historii w kazaniach spowodowało, że stały się one jakby częścią naszego życia.
"Było to w roku 287 — rozpoczynał na przykład kaznodzieja — święty Grzegorz, będąc wtedy młodym człowiekiem, szukał możliwości powrotu do swojej ukochanej Armenii". Grzegorz popadł w niełaskę u ówczesnego króla Armenii i został zesłany na wygnanie, a tam po raz pierwszy usłyszał wieść o Chrystusie. Nie bacząc na ryzyko wraca do swego kraju, aby dzielić się ewangelią ze swymi rodakami.
Król jednak szybko dowiedział się o jego powrocie. Kazał go pojmać i wrzucić do najgłębszego więzienia w swoim zamku, skazując tym samym na śmierć głodową. Siostra króla, słuchając potajemnie świadectw Grzegorza, nawróciła się. Kaznodzieja malował przed naszymi oczami żywy obraz tej młodej niewiasty skradającej się po śliskich, wilgotnych schodach do ciemnego, potwornie cuchnącego lochu, z ukrytą kromką chleba lub kuflem koziego mleka pod mocno pofałdowaną suknią. Udawało się jej to robić przez czternaście lat i w ten sposób utrzymywała Grzegorza przy życiu.
Wtem opanowała króla nieuleczalna choroba, rodzaj obłędu, która powodowała, że w czasie ataków rzucał się na podłogę i chrząkał jak zwierzę. Gdy miał' chwile przytomności, szukał pomocy u lekarzy, ale nadaremnie. "Człowiek o imieniu Grzegorz mógłby ci pomóc" — sugerowała bratu siostra. "Grzegorz umarł już wiele lat temu — odparł król — i jego kości butwieją pod tym zamkiem." "On żyje" — powiedziała spokojnie i przyznała się do tego co robiła przez czternaście lat.
Tak więc, Grzegorz został wyprowadzony z lochu. Jego włosy były białe jak śnieg na górze Ararat, ale był zdrowy na umyśle i duchu. W imieniu Jezusa Chrystusa zgromił demony, które opętały króla i w ten sposób został on uzdrowiony. W roku 301 obaj podjęli dzieło nawrócenia całej Armenii.
Podczas długiej drogi powrotnej ciągle rozmyślałem o tej historii. Myślałem o tym cierpliwym człowieku siedzącym przez wiele lat w ciemnym, zamkniętym lochu. Lata mijały bezpowrotnie, a on nie tracił wiary, nie tracił nadziei; czekał na właściwy, Boży czas..."

Tak jakby Pan chciał mi powiedzieć, że na wszystko jest czas. Że moje lata 'niesłuchania' Ducha Świętego wcale nie są czasem straconym. Że cały czas On był ze mną i prowadził mnie ku temu, co dzieje się teraz. I że teraz właśnie nadszedł Boży czas w moim życiu.

W moim świadectwie dzielę się proroctwem, które padło kilkanaście lat temu w czasie moich studiów filozoficznych w Krakowie na rekolekcjach prowadzonych przez Wspólnotę Błogosławieństw:
"Było to 19 marca – w uroczystość św. Józefa. Po Komunii, grupa prowadząca rekolekcje uwielbiała Boga pięknym śpiewem w językach. Po chwili zaczęły się pojawiać słowa poznania w języku francuskim, tłumaczone na język polski. Stałem z tyłu kościoła pod ścianą. W pewnym momencie w sercu usłyszałem takie słowa: – Teraz będzie do ciebie! Serce mi zadrżało i wsłuchiwałem się uważnie w słowa, które zostały przetłumaczone mniej więcej tak: – Jest tu w kościele pewien seminarzysta. Przeżywa trudności, ale Pan go umacnia i w przyszłości będzie on innych uczył modlitwy na wzór św. Józefa."

Dziś też właśnie dostałem paczkę od Magdy - studentki z Wrocławia, która przesłała mi ... ikonę św. Józefa z Jezusem, którą sama dla mnie namalowała (napisała) [na zdjęciu]. Piękna, nieprawdaż...!

wtorek, 19 stycznia 2010

Modlitwa małżonków

Na zakończenie tegorocznego kolędowania Pan poruszył mnie raz jeszcze tym razem modlitwą małżonków. Przyszedłem do młodej rodziny z dwójką dzieci: 8-letnim synem i roczną córeczką. Jak zwykle modliliśmy się na początku wspólnie. Zachęciłem też wszystkich do wyrażenia dziękczynienia i próśb.

Gdy rozmawialiśmy małżonkowie przyznali, że mieli w swoim życiu bardzo trudny czas. Ludzie wokół doradzali im, aby rozeszli się, ale jak powiedziała żona, wierność przyrzeczeniu małżeńskiemu okazała się mocniejsza. Opowiadali też, jak Bóg się o nich zatroszczył. Dzieliłem się z nimi Słowem Bożym i zachęciłem, aby modlili się wspólnie z całą rodziną modlitwą, która będzie płynęła z serca. Mąż na to: najtrudniejszy jest pierwszy raz... Powiedziałem, że pierwszy raz pomodlimy się razem pod koniec kolędy. Gdy mieliśmy się modlić, mąż powiedział: niech żona zacznie. Na co ja: głową rodziny jest mąż... Mężczyzna zaczął więc pierwszy i dziękował Bogu za żonę, za to że są razem, za dzieci i dało się zauważyć, że był wzruszony. W tym momencie żona już płakała. Po chwili ona cała poruszona ze łzami dziękowała za męża, za rodzinę, za miłość i wiele innych rzeczy, prosząc też, aby Bóg im błogosławił.

Dawno nie słyszałem tak pięknej, płynącej z serca i pełnej miłości modlitwy...

Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. W końcu więc niechaj także każdy z was tak miłuje swą żonę jak siebie samego! A żona niechaj się odnosi ze czcią do swojego męża! (List do Efezjan 5,28-33)
web stats stat24 wizyt na stronie od 15.01.2010